Piotr Zbigniew Bielski - Konferencja w nowym stylu
|
Relacja z konferencji „Wioski Tematyczne”, która odbyła się 5, 6 i 7 grudnia 2007 w starym zamku w Krągu pod Polanowem.
Długie rozmowy w autobusie z Trollem z Sierakowa, opowieść Wodza z Podgórek o koniu trojańskim, pierogi u Rumcajsa i Hanki, pierwsza w życiu potańcówka w oborze, gdzie straszy Biała Dama… Tak, wrażenia są we mnie bardzo żywe i silne, ale postaram się wszystko Wam po kolei opowiedzieć.
Zaproszenie na konferencję dostałem od dr Wacława Idziaka, polonisty i socjologa, ale także przedsiębiorcy społecznego i żonglera, autora książki „O Odnowie wsi”. O powstałych z jego inspiracji wioskach tematycznych na Pomorzu Środkowym wiedziałem nie od dziś, cieszył mnie przykład wioski hobbitów jako idei na przyszłość zwykłej, zapomnianej nieco wsi. Nagle gdzieś na Pomorzu, ale nie nad morzem, mieszkańcy wsi budują hobbicie domki i stają się Gandalfem czy Bilbo Bagginsem. Kosmos, nieprawdaż? Ale niestety zaszufladkowałem eksperymenty dr Idziaka i jego ekipy w moim umyśle jako „inspirujące pomysły” i do tej pory nie zebrałem się by odwiedzić owe wioski. Proza życia i nadmierna kreatywność PKP służyły mi za usprawiedliwienie…
Tym bardziej ucieszyłem się, gdy wkroczywszy do sali konferencyjnej zobaczyłem dr Idziaka proponującego by przelać śmiech z jednego kielicha do drugiego i wypić go. I ponad setkę kobiet i mężczyzn z miast i wsi, nieraz w garniturach i pod krawatami pijących śmiech. Ale do porządku, to był tylko przerywnik w prezentacji doktora Idziaka na temat nowej gospodarki. W przypominającej Hollywood gospodarce idei i emocji, jak opowiadał, liczy się oryginalność. Pomysły, właśnie „od czapy”, wymykające się utartym schematom mogą przynieść wiosce sukces. Tanie odmiany golfa, takie jak golf chłopski, gdzie rzuca się gumiakiem do obręczy to nie żarty, tylko cieszące się powodzeniem w bogatym świecie pomysły na rozwój wsi. Najważniejsze jest by mieszkańcy wsi wspólnie stworzyli nową opowieść o ich wiosce i zabrali się za przygotowania oferty turystycznej nawiązującej do tej konwencji. I warto oferować więcej doznań, mniej produktów materialnych, raczej wieczerze w ciemności niż pięknie ozdobioną pamiątkową łyżkę, nie tworzyć skansenów, lecz coś świeżego, ekscytującego.
Dr Idziak proponował spojrzeć na wieś w sposób doceniający, szukając wszędzie zasobów. Ciemność to nie przekleństwo wymagające natychmiastowej elektryfikacji, przedstawia bowiem niesamowite warunki do założenia obserwatorium astronomicznego. Opuszczone stodoły mogą stać się siedzibą muzeum. Zaśmieconą łączkę można posprzątać i zbudować na niej tajemniczy pomnik z kamieni. A jakie bogactwo pomysłów reprezentuje zwykły wiejski strumyk? Wszak można prowadzić hydroterapię czy zbudować małą pokazową turbinę. Kupę pieniędzy zarabiają specjaliści od rozweselania ludzi, a twórcy jogi śmiechu to prawdziwi krezusi. Kto powiedział, że trzeba zostać prawnikiem czy maklerem by godnie zarabiać? Przesłanie dra Idziaka brzmi, że świat się zmienił i warto, byśmy zdali sobie sprawę, że żyjemy w świecie, gdzie większy dochód wytwarza turystyka niż przemysł samochodowy, Okazuje się, że rzeka złota przepływa przez krainę emocji, nie trzeba betonować jej koryta.
Gospodarz spotkania chętnie oddawał głos przedstawicielom pięciu pomorskich wiosek tematycznych, którzy prezentowali nam swoje małe ojczyzny. Potem, już po sytej kolacji, Adam Rusiłowski, twórca teatru „Wybrzeżak” i innowator społeczny z Gdyni zaproponował nam przyjemne ćwiczenie. Podzieliliśmy się na pięć grup, którym przewodniczyli przedstawiciele tematycznej „wielkiej piątki” i przygotowaliśmy z naszych ciał pomniki odpowiadające klimatowi wybranej wioski - w mig powstał pomnik dojenia krowy czy labiryntu. Wszystkie inne grupy musiały odtworzyć prezentowany na scenie pomnik. Następnie spontanicznie utworzyliśmy kilka grup warsztatowych: śpiew, wycinanki, żonglerka… Ja w podziemiach zamku poprowadziłem dla kilkunastoosobowej grupy zajęcia ze śmiechoterapii. Uderzaliśmy się na powitanie pośladkami, udawaliśmy pralki automatyczne, rzucaliśmy śmiechowymi kulami, a pewna warszawska uczona rapowała Pchłę Szachrajkę w poetyce gangsterskiej raperów z Bronxu. Powiem tylko, że nikt od śmiechu nie był zwolniony. Gdy skończyliśmy udałem się do innej Sali, w której, choć wybiła jedenasta, najbardziej wytrwali uczestnicy bawili się talerzami cyrkowymi i żonglowali.
Następnego poranka zaludniliśmy dwa autobusy, mając w planach odwiedziny w pięciu wioskach. Mój autobus udał się najpierw do Paprot. Tam Zdzisław Kwasek, mistrz wikliny, nauczający na podkarpackim Uniwersytecie Ludowym w Woli Sękowej, który kawał życia przeżył w Bieszczadach, pokazywał nam swe żywe rzeźby wiklinowe: ławkę dla skłóconych par i altankę mającą służyć tej największej z bliskości. W magicznym, tajemniczym wierzbowym gaju, gdzie czuć było obecność duchów lasu, pan Zdzisław pokazał nam pomniki diabła Rokity (które staną tak trochę nieoficjalnie by nie straszyć najpobożniejszych…) i opowiedział o celtyckim rytuale palenia Wickermana – wierzbowego luda, który służy za inspirację do paprockiej rzeźby. Paproty to wioska labiryntów, motyw labiryntu odsyła nas do antyku i średniowiecza, to świetny symbol zmagań człowieka z własnym losem. Labirynty dostrzeżemy tak na przystanku, namalowane na asfalcie, jak i żywe z wierzbowych witek. Dowiedziałem się, że i w świecie labiryntów istnieją mody i trendy, labirynt bałtycki to taki miły labirynt z jednym wejściem i jednym wyjściem, a angielski maze to taki bardzo zagmatwany z wieloma wyjściami i zasadzkami… Przypomniałem sobie filozofa Mirceę Eliadego, który pisał, że labirynt jest klasycznym przedstawieniem inicjacji, a cała nasza egzystencja składa się z serii prób inicjacyjnych. Pomyślałem sobie również, że w dzisiejszych czasach brak nam trochę odpowiedników wymagających wytrwałości i odporności rytuałów inicjacji w dorosłość, jakie wytworzyły wszystkie pradawne kultury. Stąd widzę ogromne pole działania dla twórców labiryntów.
Niestety, deszcz i obfite błoto uniemożliwiły nam inicjację jaką byłoby zgubienie się w największym roślinnym labiryncie. Naszą inicjacją stał się za to pełen przeszkód szlak przez mokradła. Paproty mają także barwną, niebieską świetlicę, gdzie odbywają się plenery artystyczne, ostatnio gościli tu polscy i ukraińscy adepci sztuk pięknych. Wykonywali różne cudactwa z wikliny, strugali diabły w drewnie. Choć Paproty nie mają jeszcze profesjonalnej bazy noclegowej, zdecydowano się nie zwlekać z otwarciem na świat, gdyż upiększanie wioski nie powinno być opóźniane: mieszkańcy dzielnie otworzyli progi własnych domostw.
Z Paprot udaliśmy się do Sierakowa Sławieńskiego, znanego szerzej jako Wioska Hobbitów. Autobus wysadził nas przed Hobbitonem, tak bowiem nazywa się kompleks tolkienowskich zabudowań. Wszedłem na smoczą wieżę, zajrzałem do maciupciej chatki Bilbo Bagginsa, potem Gandalf z Trollem, uczestniczącym w konferencji po prostu jako pan Józek, podzielili nas w dwie grupy. Ja trafiłem pod pieczę Trolla, który pokazał nam ulokowany za budynkiem szkoły Palantir, przestrzeń w której studenci z artystycznym zacięciem przygotowali instalacje różnych scen z tolkienowskiej trylogii, np. spotkania krasnoludów, jaskinie smoka Smauga czy panoramę hobbickiego Shire. W pokoju było ciemno i całe Śródziemie dostępne był jedynie dzięki dziurkom w ścianie. Na budynku szkoły gości wita graffiti nawiązujące do estetyki bohaterów Tolkiena, okazuje się, że zrobiła je młodzież z jakiejś wycieczki szkolnej. Na początku zbuntowani uczniowie namalowali brzydkie rzeczy, lecz bez śledztwa i kar zaproponowano im artystyczne wyżycie się pod wodzą studentki Akademii Sztuk Pięknych i efekt naprawdę cieszy oko.
Następnie Troll zaprowadził nas do kuźni krasnoluda, którą dawniej prowadził legendarny dziadek Filowiat, Łemko, który trafił tu w ramach Akcji Wisła i przeniósł wzory ułańskie, lubił tańczyć, śpiewać. Słowem, bez Filowiata żadna zabawa się nie odbyła, a tenże dożył bardzo sędziwego wieku. Kowale zaproponowali nam próbę kucia żelaza, skorzystałem z szansy i wygiąłem młotem rozpalony pręt. Po środku kuźni stała bryczka, a na prawej ścianie wisiały zdjęcia ze ślubu, jaki niedawno tu miał miejsce. Lewa ściana skrywała tajemnicę kuźni: szafkę Filowiata. Otóż, jak wspomniał najstarszy z kowali do Filowiata zwykło się zachodzić na strzemiennego, gospodarz zawsze był rozpłomieniony, a jego magiczna szafka nigdy się nie opróżniała. Może warto by zapełnić szafeczkę aby dogodzić gościom? – Zażartowaliśmy. Od Filowiata powędrowaliśmy z powrotem do Hobbitonu, gdzie gospodarze przywitali nas przy ognisku i zaproponowali nam pieczenie precli na kiju, poczęstowali pieczonymi ziemniakami i grzanym winem. Potem oddaliśmy się zabawom: razem z dziećmi z pobliskiej szkoły kręciliśmy wielką chustą, chodziliśmy na szczudłach, rzucaliśmy do celu sznurkami z kulami. Atmosfera była przednia i niczym nie przypominała konferencyjnych posiadówek…
Kolejnym celem naszej autokarowej wędrówki było Malechowo, gdzie udaliśmy się do gimnazjum na obiad. Trwała przerwa i młodzi ludzie żonglowali, zasuwali na monocyklach, bawili się diabolo - ileż fajnych rzeczy można robić na szkolnych przerwach zamiast szaleńczego biegania i bicia się? Dyrektor szkoły pozdrowił nas w czasie obiadu i opowiedział o grupie cyrkowej, jaka istnieje przy szkole, okazuje się, że żonglujący uczniowie mają znacznie lepsze wyniki w szkole średniej. Jedyny smutek to fakt, że jak młodzież opanuje już doskonale sztuki cyrkowe, to opuszcza gimnazjum, ale niektórzy wracają i uczą młodszych.
Nasyceni obiadem, wyruszyliśmy w podróż do Iwięcina, do wioski Końca Świata. Tam zwiedziliśmy zabytkowy Kościół z freskiem poświęconym wizji Sądu Ostatecznego, na którym prawdziwie jurne diabły gonią anioły. Kościół sięga czasów późnego średniowiecza. Dr Idziak powiedział mi, że w Iwięcinie planuje się utworzenie inspirującego szlaku edukacyjnego poświęconego temu, co zrobić by koniec świata nie przyszedł zbyt szybko. Wśród zaleceń znalazłoby się między innymi uśmiechanie się. Odwiedziliśmy jeszcze niedawno zbudowaną świetlicę i galerię rzemiosła ludowego „Pod Kogutem”. W Iwięcinie czułem nastrój kontemplacji i spokoju, chętnie zostałbym tam i tydzień by oddać się zadumie. Ale nam czas był w drogę, kolejnym przystankiem okazała się Dąbrowa, kreowana na Wioskę Zdrowego Życia. Zapadła już ciemność i my przemierzaliśmy mocno nadwerężoną drogę, przeskoczyliśmy nad rowem i w namiocie ustawionym na autentycznie zielonej łące pani nauczycielka opowiadała nam o powstających tam projektach edukacyjnych. Udaliśmy się do wiejskiej zagrody z chlewem i oborą, gdzie wisiały kolorowe plansze a na nich pytania o znajomość zwyczajów zwierzaków. Na koniec pobytu trafiliśmy do bardzo przytulnej wiejskiej izby, gdzie gospodyni ugościła nas własnego wyrobu bułkami, ogórkami i herbatą (opcjonalnie z prądem). Ja ogrzałem się przy starym piecu chlebowym i cieszyłem się, że takie ciepłe miejsca istnieją. Gospodyni opowiadała, że od niedawna ich dom jest otwarty dla gości, ale że i ona i dzieci czerpią z tego radość, nabierają większej pewności siebie.
Na deser pozostały nam Podgórki, wioska bajek i zabaw. W międzyczasie jeszcze w autobusie zaproponowano dobrowolną zrzutkę na trunki, okazało się, że autobus nr.1 już ją przeprowadził z dużym powodzeniem, a nawet dokonał zakupów w Malechowie. Uzgodniono program zakupów odpowiadający oczekiwaniom wszystkich uczestników... Trafiliśmy do Podgórek, najpierw do chaty Hanki i Rumcajsa, krocząc drogą oświetloną pochodniami czułem się jakbym zbliżał się do jakiejś wschodniej świątyni. W starej izbie Rumcajs powitał nas salwą w powietrze ze swego pistoletu i poczęstował pierogami. Następnie trafiliśmy do niedawno otwartej pracowni ceramicznej, gdzie na kole garncarskim wyrobiłem świecznik. Potem zaczęła się zabawa w pięknie wyremontowanej i zaadaptowanej na potrzeby dużych imprez oborze, której scena w niczym nie ustępowała miejskim teatrom.
Tańce były płomienne, dzieła rozruszania towarzystwa podjął się osobiście pan sołtys wspierany przez pana Tadka, który przedstawił mi się jako Wódz Szczęścia. Pan Tadeusz ma własny projekt zbudowania w Podgórkach drewnianego konia trojańskiego, lecz na razie jest na etapie poszukiwania realizatorów projektu. Ciekawą obserwacją było, że załogi obydwu autobusów zgromadziły się przy osobnych stolikach, konsumując zdobycze z wyprawy, widać jak łatwo przyjmujemy przypadkowe przecież podziały i zapisujemy się do grup. Szczęśliwie znaleźli się śmiałkowie, którzy poprosili do tańca partnerki lub partnera z drugiego autobusu... W autobusie, który wrócił ostatni do Krągu Kasia Bytowska prowadząca zajęcia śpiewu w wioskach, zaintonowała kilkusetletnią pieśń ludową z Radomskiego o tym jak Pan Jezus chodzieł po świecie. A później pani Maria Idziak opowiedziała nam o Białej Damie, która gościła w Podgórkach i o planach zorganizowania tamże zlotu Białych Dam z całej Polski.
Piątek to był ostatni dzień konferencji. Tym razem ćwiczyliśmy tworzenie wiosek tematycznych. Podzieleni na grupy regionalne szukaliśmy zasobów w naszym regionie i pracowaliśmy nad ideami wiosek oraz kombinowaliśmy, jacy mogliby być potencjalni partnerzy. Ja trafiłem jako jedyny łodzianin do grupy warszawskiej, razem wymyśliliśmy wioskę oślą, gdzie nie tylko uczono by jazdy na tym pięknym zwierzęciu, ale przede wszystkim wykorzystano by wartość symboliczną osła w naszej kulturze. Choćby szlaki edukacyjne jak na przykład zabawa w rozweselanie Kłapouchego z Kubusia Puchatka czy kursy rozwoju osobistego, ćwiczenia woli i wytrwałości czyli pozytywnych stron oślego uporu. Inna grupa wyszła od jabłek jako zasobu do idei wioski grzechu, ale tu tajemnic nie zdradzę, kto nie był niech uruchomi wyobraźnię.
Ciekawą refleksją grupy z powiatu kościańskiego było, że również „wariaci” z miejscowego zakładu psychiatrycznego mogą być unikalnym zasobem, gdyby umieć wykorzystać ich inwencje i pasje. Na koniec dostaliśmy od wójta gminy Sianów obejmującej część wiosek tematycznych po pudełku zapałek z tamtejszej fabryki, które zdążyłem wykorzystać już do rozwiązywania zadanej mi przez dr Idziaka zagadki rozwijającej wyobraźnię. W trakcie konferencji zbieraliśmy też pomysły na przyszłe działania. Jej uczestnicy doszli do wniosku, że warto utworzyć ogólnopolskie środowisko pasjonatów i praktyków wiosek tematycznych. W tym celu zostało uruchomione forum internetowe i planowane są dalsze spotkania.
Z czym wyjechałem z Krągu oprócz wspomnianego pudełka zapałek, hinduskiej odmiany gry w Chińczyka i parasolki reklamującej wioskową piątkę? Przede wszystkim z poczuciem, że brałem udział w czymś wyjątkowym, że doświadczyłem praktycznego wcielania w rzeczywistość marzeń. Wiem również, że jakbym miał problemy w pracy to zawsze mogę się udać do gminy Krzywiń, gdzie istnieje wioska kreowana na Soplicowo. Tamtejszy wójt chętnie przyjmuje do pracy ludzi niekonwencjonalnie myślących, na przykład urzędników, którzy popadli w konflikt ze zbyt sztywnym otoczeniem. Zyskałem też świadomość, że wioski tematyczne nie tylko dotyczą obszarów wiejskich, była bowiem ekipa z pałacu w warszawskim Wilanowie, gdzie rozwija się gry terenowe dla dzieci czy helskiego fokarium, którego dyrektor chce tworzyć osadę rybacką.
I ja z moimi przyjaciółmi tworzę w Łodzi na Wschodniej swego rodzaju ulicę tematyczną, eksponując motywy związane z nazwą ulicy (Słońce, Wschód, Światło) oraz zamierzając wykorzystać związane z ulicą nieco zapomniane dziedzictwo kulturowe dawnej Łodzi (mieszkanie Władysława Reymonta, motywy Ziemi Obiecanej, Rewolucja 1905 roku, „Kwiaty polskie” Juliana Tuwima). Zorganizowaliśmy w październiku tego roku Święto Ulicy, którego efektem na szarych murach są ułożone przez dzieci mozaiki i wymalowane myśli w ramach akcji ”Natchnione Mury”. Oprócz tego prowadzimy Pracownie Działań Twórczych, pomagając dzieciom rozwijać własne pasje i przekonujemy, że nie jest trudno pomalować świat. Dowiedziałem się także co nieco o mapie aktywności prowioskowej w Polsce, że na przykład w Dolinie Kłodzkiej dziarsko powstają „wioski beztroski”. Ponadto, nie nudziłem się ani minuty, a w końcu była to konferencja...
::
powrót do artykułów ::